Zamienić biuro w świat wyobraźni – wywiad z Bruno Neuhamerem

Kiedy wchodzi się do RiO Edu Centrum, uwagę przyciąga nie tylko przestronność i funkcjonalność wnętrz, ale też coś, co rzadko spotyka się w miejscach o tak praktycznym przeznaczeniu – ciepło koloru, miękkość form i wyraźny impuls do uruchomienia wyobraźni. To efekt pracy Bruno Neuhamera – artysty, który od lat łączy język sztuki z użytkowością, tworząc miejsca, w których estetyka spotyka się z potrzebami człowieka. 

Neuhamer znany jest z projektów, które nie tylko dekorują, ale też oddziałują na emocje. W jego dorobku znajdują się m.in. realizacje na rzecz dzieci i młodzieży, w tym współpraca z Fundacją Gajusz. W RiO Edu Centrum zmierzył się z zadaniem wyjątkowym – udało mu się „odrzeć” przestrzeń biurową z jej sztywności i przekształcić ją w obszar oddający hołd dziecięcej wyobraźni, w którym odnajdą się dzieci w różnym wieku. 

Duża sala w RiO Centrum

 

W rozmowie nie dało się uciec od tematu dzieciństwa, bo przecież to właśnie ono kształtuje każdego z nas. Rozmawialiśmy o latach beztroski nie tylko z perspektywy artysty, ale i nas, dorosłych, którzy coraz częściej dostrzegają, że wewnętrzne dziecko jest w nas obecne przez całe życie. O procesie twórczym, roli intuicji i o tym, dlaczego cienka warstwa farby może całkowicie zmienić odbiór miejsca – opowiada Bruno Neuhamer.

Dlaczego zdecydował się Pan na udział w tym projekcie?
To była mieszanka kilku powodów. Od pewnego czasu moje projekty krążą wokół tematyki okołodziecięcej. Ale w RiO pociągała mnie też wieloelementowość – możliwość stworzenia aranżacji, która nie jest tylko jednym obrazem, a całą spójną opowieścią. Takie projekty pozwalają rozwijać myśl, obserwować. To zawsze jest ciekawym doświadczeniem.  

Czy to właśnie możliwość „urządzenia” całej przestrzeni – a nie tylko fragmentu – była w tym najważniejsza?
Tak. Lubię, kiedy mogę decydować, co za elementy się w niej pojawią, i łączyć to z funkcją użytkową. W RiO chodziło o coś więcej niż dekorację – o stworzenie miejsca, w którym język artystyczny spotyka się z praktycznością.  

Jak wygląda sam proces tworzenia?
Nie zaczynam od gotowego, wyklarowanego konceptu. Najpierw zbieram inspiracje – sięgam do swojego „wewnętrznego banku danych”, rzeczy, które mam zapisane w pamięci. Przeszukuję albumy, wracam do osobistych skojarzeń. Staram się wyjść z tego, co sam chcę zrobić, a nie z tego, „co trzeba”. Przestrzeń mogła funkcjonować bez mojej ingerencji, ale skoro ktoś mnie zaprosił, moim zadaniem było znaleźć w niej problem i przekształcić tak, by stała się bardziej przyjazna i otwarta. 

 

Jeśli już rozmawiamy o dzieciństwie, które bardzo zmieniło się przez ostatnie dekady (na szczęście), jak Pan je wspomina? Jak to było być małym chłopcem?
Kiedy byłem dzieckiem, świat nie był specjalnie dostosowany do najmłodszych. Dzieci były często obciążone oczekiwaniami dorosłych. Mieliśmy po prostu dorosnąć. Nie było tylu przestrzeni, literatury, zabaw tworzonych z myślą o nas. Dziś jest inaczej – jest szeroka oferta i większa akceptacja dla tego, że dziecko może po prostu być dzieckiem. To dobre, ale zauważam, że często świat ten jest zbyt dosłowny. 

Tak. Kiedyś potrafiliśmy wziąć patyk i wyobrazić sobie, że to magiczna różdżka.  

Teraz dziecko dostaje gotową, dosłowną zabawkę. Ja wolę zostawić przestrzeń dla wyobraźni. 

 

Jak dzieciństwo i pańskie wspomnienia z tego okresu, przekładają się Pana twórczość?
Czerpię z tego, co sam lubiłem jako dziecko. To nie jest wspomnienie w szufladzie – ta część mnie jest nadal obecna i wciąż prowadzę z nią dialog. W moich czasach dzieciństwo było etapem przejściowym. Dziś mogę – i chcę – tworzyć coś, co to dzieciństwo docenia i pielęgnuje. 

RiO Edu Centem nie było miejscem pustym, które można dowolnie zaangażować. To przestrzeń biurowa. Jak w takim razie „odrzeć” tą biurową przestrzeń z jej surowości i w pewnym sensie pierwotnego przeznaczenia?
Najpierw trzeba w myślach usunąć wszystko, co czyni ją biurową. W RiO robiłem to przez kolor, kompozycję, miękką stylistykę. Wprowadziłem też elementy sztuki afrykańskiej, które dobrze współgrają z ideą fundacji. Chciałem, żeby to miejsce było terapeutyczne – dawało poczucie bezpieczeństwa i ciepła, a jednocześnie nie traciło funkcjonalności. 

Rzeźba Nelsona MandeliCzy dopasowuje Pan kolory i formy do wieku odbiorców?
Tak, ale intuicyjnie. W RiO grupa wiekowa jest szeroka. Przypominam sobie, co mi się podobało, gdy miałem kilka lat, i staram się to odtworzyć bez zbędnych komplikacji. Dzieci nie potrzebują skomplikowanych kodów – wystarczy, że przestrzeń będzie przyjazna i zostawi miejsce na ich własne historie. 

Rozmawiamy o sztuce, ale też o wspomnieniach. Czy tworzenie ma dla Pana wymiar terapeutyczny?
Myślę, że tak. Tworząc, można wpływać na wspomnienia dzieci. Pozytywne obrazy mogą stać się częścią tego, co później przywołają jako dorośli. W RiO chodziło o złagodzenie ostrych krawędzi codzienności i stworzenie przestrzeni, w której można poczuć się bezpiecznie. 

Brzmi, jakby było w tym także coś osobistego.
Być może. Ten archetypiczny obraz odpoczynku na plaży, leżenia pod parasolem… to powrót do stanu z dzieciństwa. Tyle że dziś wiem, że nie trzeba wracać – to wszystko jest w nas cały czas, trzeba tylko pozwolić sobie to poczuć. 

Rzeźba Janusza KorczakaJakie znaczenie miało połączenie różnych doświadczeń w tym projekcie?
Ogromne. W RiO połączyłem teorię koloru, kompozycji, wiedzę techniczną i doświadczenie w pracy nad dużymi formatami. Nic nie jest tam przypadkowe. I choć to tylko cienka warstwa farby czy gliny, potrafi zmienić odbiór wnętrza. To, że prace nie zabierają funkcjonalności, a jedynie nadają przestrzeni inny wymiar, było kluczowe. 

Po zakończeniu prac czuł Pan, że cel został osiągnięty?
Tak. Pozytywne reakcje ludzi, którzy korzystają z tej przestrzeni, są najlepszym dowodem. Dla mnie to największa wartość – wiedzieć, że udało się stworzyć miejsce, które działa na wyobraźnię i emocje.